Kategorie: Wszystkie | Notes czytelniczy | O blogu | Wyróżnienie
RSS
piątek, 08 marca 2013

 Podążając orientalnym tropem, z Turcji przywiozłam zainteresowanie trzynastowiecznym sufickim poetą - mistykiem, Dżalaluddinem Rumim. O kobietach pisał tak:

 

TAJEMNICA KOBIETY

 

O ile w sprawach zewnętrznych decydujesz za żonę,

To w środku kobieta, której pragniesz ma władzę nad tobą.

 

Tak to już jest z ludźmi.

Są stworzenia, które w ogóle nie znają miłości,

ale to wcale nie czyni ich lepszymi.

 

Mahomet rzekł, że kobieta rządzi mężczyzną, który poznał ducha.

Ale duchowi ignoranci dominują nad kobietami,

bo tuż pod skórą mają okrucieństwo dzikiego zwierzęcia.

Łagodność i troska są wykładnią ludzkiego życia.

Gniew i żądza są wykładnią życia zwierzęcego.

 

Kobieta jest światłem płynącym od Świętego Świętych.

Nie jest "moją kobietą", która "należy do mnie".

Wszelka kreatywność jest w niej.

Wszelka kreatywność.

Możliwe, że wcale nie została stworzona jak wszystko inne

i że wcale nie jest częścią stworzenia!

 

Do wiersza dołączam świeżutki, pachnący bukiet, który dziś do mnie przywędrował z okazji Ósmego Marca:

Pielęgnujmy naszą kobiecą stronę, bez względu na to kim jesteśmy! ;)

21:53, roug-ette
Link Dodaj komentarz »

"Tłumaczka" zajmuje w mojej bibliotece miejsce szczególne, ponieważ kupiłam ją kilka lat temu na lotnisku, tuż przed wylotem do Turcji. Dodam, że był to mój pierwszy lot, więc i zakupowi towarzyszyły niemałe emocje. Czułam się jak podekscytowane dziecko zapuszczające się w nowe rewiry. Lot był piękny. Zakochałam się w widoku chmur i uwieczniłam go na paru fotkach. Kiedy zbliżaliśmy się do Ziemi, zapadał już zmierzch i można było zobaczyć morze, a później światła wesołego miasteczka...

Lekturę podjęłam dopiero po powrocie, przerwałam, a książeczka trafiła na półkę. Przypomniałam sobie o niej ostatnio, wczesnomarcowym, nieco melancholijnym popołudniem. O wrażeniach za chwilę, najpierw chciałabym pokazać Wam kompilację okładki książki ze zdjęciem, które zrobiłam w samolocie. Byłam zaskoczona efektem, bo dobrze wprowadza w nastrój powieści:

  

 

 Okładka zapowiada, że mamy do czynienia z liryczną podróżą przez Świat wygnania, straty i miłości... poezją w ruchu i, według mnie, jest to opis trafny. Powieść ta jest też przedstawiana jako historia miłości, która musi zmierzyć się z przeszkodami w postaci różnic kulturowych i religijnych. W moich oczach, wątek relacji między mężczyzną i kobietą jest poprowadzony tu trochę powierzchownie, główny akcent pada na bohaterkę i jej świat przeżyć. Studium kobiety.

Ma na imię Sammar, co oznacza rozmowy z przyjaciółmi późną nocą. Coś, czemu lubili się oddawać nomadzi, nieśpiesznym pogawędkom w świetle księżyca, gdy nie było już tak gorąco, a codzienne obowiązki zostały wypełnione. Sammar jest muzułmanką, mieszka w Szkocji i pracuje na uniwerystecie jako tłumaczka. Rzetelnie wypełnia zawodowe obowiązki, a zdecydowaną większość wolnego czasu spędza w wynajmowanym pokoju. Ciałem jest obecna w świecie, ale jej dusza błąka się gdzieś między snami i wspomnieniami... Tariqa, który kilka lat temu zginął w wypadku, Amira pozostawionego pod opieką ciotki, sudańskiego słońca, głosu muezina wzywającego do modlitwy...  Codzienne otoczenie wydaje się być obce, doświadczane jakby zza szyby: Za ogrodami zimowymi Sammar zobaczyła świat wyblakły od nieuniknionego deszczu, metaliczny błękit, przyćmioną zieleń. Trawniki bez ludzi pokryte suchymi liśćmi. Sammar obecna-nieobecna. Żyjąca na skraju dwóch światów: europejskiego i afrykańskiego. Nieprzynależąca do nikogo. Obca. 

I tak mogłaby trwać w tym półżyciu w nieskończoność, gdyby w jej świecie nie pojawił się Rea, profesor-arabista. W zasadzie był tam od dawna, ponieważ na co dzień współpracowali zawodowo, ale zza szyby melancholii wydawał się niewidoczny. Musi upłynąć jeszcze trochę czasu, zanim Sammar otworzy się na miłość i znów zapragnie żyć: Od samego początku sposób, w jaki do niej mówił, do jej wnętrza, nie obok niej, nad jej głową, wokół ramion. Tak mówili do niej inni, słowa odbijały się od jej skóry i uszu, spływały po niej, a ona idealnie nieruchoma, nietknięta, zawsze sama. Gdyby mógł tak do niej mówić przez cały czas, codziennie. Gdyby całe życie mogło być takie.

O tym, jak dalej potoczą się losy Sammar, nie powiem, bo zabrałabym Wam przyjemność lektury. A książkę przeczytać warto, choćby dla poobcowania z kobiecą postacią, jaką na kartach powieści możemy spotkać nie tak często - skromną, wrażliwą i pełną pokory. I dla poetyckiego języka. Zanurzenie się w świat smutku i nostalgii może wymagać od Czytelnika trochę wysiłku, ale tak czy inaczej, jest to opowieść o odrodzeniu. W sam raz na przedwiośnie.

I na koniec, jak zwykle, coś do kolekcji cytatów. Tym razem o niełatwym powrocie do domu:

Nahla wyszła z brodzika, ochlapując sobie sandały. Ładne kostki, pomalowane paznokcie, przygotowania panny młodej. Sammar też kiedyś taka była, lata temu, lata przed Szkocją, przed śmiercią Tariqa.

Tutaj, w tym domu, w tym języku i w tym miejscu, gdzie są wszystkie wspomnienia. Wszystko, co zostało jej zabrane. Zdjęcie Tariqa, kiedy pierwszy raz weszła do domu. Uśmiechnięty, rozparty na krześle, taki swobodny. Taki młody i pewny siebie w porównaniu z nią. Już jej nie znał. Młody mężczyzna na zdjęciu nie znał Sammar, która mieszkała sama w Aberdeen. Rozpłakała się na widok tego zdjęcia (...). Kiedy płakała, jej ciotka i Hanan też zaczęły płakać. Hanan karmiąca dziecko, szlochająca w chusteczkę, Mahasen nieruchoma, z poważną twarzą, łzy płynące bez skrzywienia na twarzy, bez szlochania odbierającego godność. Dopiero kiedy się rozpłakały, zaczęła znikać niezręczność ich spotkania, lata jej nieobecności. Dopiero wtedy pojawiło się swego rodzaju potwierdzenie, że jest tym, kim jest, matką Amira, wdową po Tariqu, wracającą do domu.

poniedziałek, 04 marca 2013

Hurra, hurra! Wracam z pracy, a tu paczka. Redakcja "Biblonetki" (www.biblionetka.pl) nagrodziła moją recenzję książki Doris Lessing pt. "Spacer w cieniu". Nagroda, samodzielnie wybrana, prezentuje się tak:

 1. Umberto Eco: "Wyznania młodego pisarza"

2. "Bergman. Rozmowy" (przeprowadzili: Olivier Assayas i Stig Bjorkman)

3. Orhan Pamuk: "Pisarz naiwny i sentymentalny".

Wybór książek był podyktowany ciekawością tego, co pisarze mają do powiedzenia o pisaniu, na ile uchylą rąbka tajemnicy w kwestii własnego warsztatu. I Bergman. Dla mnie zaistniał jako ktoś obdarzony dużą wrażliwością i intuicją, poszukiwacz głębszego wymiaru życia, trochę mroczny. Ciekawe, czy zapis przeprowadzonych z nim rozmów wniesie coś nowego do tego obrazu, a może go zweryfikuje?

Wybaczcie chaotyczne zdjęcie, ale śpieszno mi było do podzielenia się radosną wiadomością. :)

 

niedziela, 03 marca 2013

Na komediodramat pt. "Fryzjerka" (prod. Niemcy) trafiłam wczoraj przypadkiem w TVP Kultura. Opowiada o kobiecie samotnie wychowującej córkę, zmagającej się ze stratą męża, nadwagą, brakiem gotówki... Życie. Kathi ma marzenie, chce otworzyć własny salon fryzjerski... Co wydarzyło się dalej, nie zdradzę. Powiem jedynie, że pokochałam Kathi od pierwszego wejrzenia, i że film polecam. To solidny haust pozytywnej energii, przekazany w inteligentny sposób. Kino europejskie górą! :)

A filmowa Kathi wygląda tak:

Tagi: film
22:00, roug-ette
Link Dodaj komentarz »

Czasem jest tak, że przypadkiem wstrzeliwuję się w jakąś filmową scenę w tv, wciągam się i zostaję z filmem do końca. Obiecuję sobie obejrzeć całość, po czym zapominam. Po jakimś czasie znów trafiam na jakiś fragmencik, itd. Do takich obrazów filmowych należy "Przed wschodem słońca". Usłyszałam ostatnio, że w kinach ma być kontynuacja filmu (trzecia część) i postanowiłam bezzwłocznie uzupełnić braki. To była dobra decyzja.

Film to opowieść o Spotkaniu. Ona i on przypadkiem trafiają na siebie w pociągu, zaczynają rozmawiać i jakoś tak trudno im się rozstać. Decydują się spontanicznie, żeby wysiąść w Wiedniu i ... no właśnie co? Po prostu spędzić ze sobą czas, podążać tam, gdzie nogi i temat rozmowy poniosą... Nie ma schematu, nie ma planu, nie ma pośpiechu. Są na siebie otwarci i siebie ciekawi... pojawia się wzajemne przyciąganie. Nie zdradzę zakończenia, ale z pewnością jest dalekie od sztampy charakterystycznej często dla filmów podejmujacych temat miłości.

Klimat filmu jest poetycki, nastrojowy, nieśpieszny, wraz z bohaterami doświadczamy rodzącej się intymności. Jakby czas przestał istnieć i otworzył się jakiś metafizyczny wymiar... Słowa zaczynają tu być niewystarczające. Jeśli jest niebo, to wraz z bohaterami filmu stajemy w jego przedsionku. Ta rodząca się magia zaprasza bohaterów do kontynucji wspólnego bycia... Czy je przyjmą?

 

- ... Ale kochać i być kochaną dużo dla mnie znaczy. Niby zawsze się z tego śmiejemy, ale czy to, co robimy w życiu, to nie dążenie do bycia kochanym odrobinę więcej?

- Właściwie sam już nie wiem. Czasami myślę o tym, że mógłbym być dobrym ojcem i mężem i naprawdę gdzieś blisko to czuję, ale później to wydaje się głupie, jakby miało mi zrujnować życie. Nie jest to strach przed zobowiązaniami czy niemożnością kochania. Nie o to chodzi. Jeżeli miałbym być szczery ze sobą, myślę, że wolałbym umrzeć, wiedząc, że jestem w czymś dobry... że naprawdę osiągnąłem szczyty w jakiejś dziedzinie niż być w jakimś miłym związku.

- Chyba tak. Kiedyś pracowałam dla starszego człowieka. Powiedział, że spędził całe życie na pracy i robieniu kariery. Miał pięćdziesiąt dwa lata, kiedy dotarło do niego, że nic z siebie nigdy nie dał. Jego życie było tylko dla niego. Prawie płakał, mówiąc mi to. Wierzę, że jeśli istnieje jakiś Bóg, nie mógłby żyć w nas, ani w tobie ani we mnie, ale w tej małej przestrzeni pomiędzy. Jeśli na świecie jest jakaś magia, to musi być ona w próbie zrozumienia kogoś, dzieleniu się czymś. Wiem, że to prawie niemożliwe do osiągnięcia, ale kogo to obchodzi? Odpowiedź musi być w tych próbach dotarcia do kogoś.

 

Tagi: film
21:39, roug-ette
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 marca 2013

Ostatnio, gdzieś w internetowej księgarni, poczułam się nęcona. I to w dwójnasób. Z jednej strony swój czar rozsiewała książka pt. "Złodzieje nieba": "Chodź, chodź, opowiem Ci o miłości, tej jedynej i prawdziwej... i o sztuce... i o Paryżu... czy może być piękniejsze połączenie? Zobacz, jakie niebo...". Z drugiej - coś zamigotało świetliście, szepcząc: "Ogrzeję cię. Tak tu ciepło i przyjaźnie... Poczujesz się jak w domu..." To była "Herbaciarnia Madeline". Zatrzymałam się, popatrzyłam... i odeszłam, przechodząc do zaplanowanych wcześniej zakupów.

Uczę się na doświadczeniach. Jakiś czas temu, zachęcona pozytywnymi opiniami z sieci oraz zmysłową okładką, skusiłam się na "magiczną" powieść Eric Morgenstern pt. "Cyrk nocy"... i dupa. Żadnej czytelniczej chemii;). Pojawiło się natomiast żółte, ostrzegawcze światło: "Uważaj, aby z Czytelniczki nie stać się Konsumentką". Jedni w książkach poszukują duszy, piękna... dla innych to tylko interes, jak każdy inny - z obowiązkową dbałością o atrakcyjne opakowanie produktu i odpowiednią reklamę.

I tak, wiedziona ostrożnością, zamieszczę tu jedynie okładki "uwodzicielek". Może kryje się za nimi coś więcej, ale nie uwierzę, zanim nie przeczytam chociaż fragmentu. A tymczasem niech cieszą oczy moje i Odwiedzających, w końcu taka ich rola;) :

 

 

 Idąc okładkowym tropem, przypomniał mi się przypadek odwrotny, to znaczy, kiedy piękną poetycką powieść Virginii Woolf pt. "Fale" wydano na żółtym, grubym papierze oprawionym w szaroburą okładkę z czarnobiałym zdjęciem głowy Autorki. Hmm... na jej miejscu, chyba pokusiłabym się o chwilowy pwrót zza grobu i postraszenie wydawcy... Oto dowód:

Najpiękniejsze egzemplarze książek to te, w których forma harmonizuje z treścią, a najbardziej, najbardziej na świecie lubię te ilustrowane przez samych Autorów i Autorki:). Być może poświęcę im jeden z kolejnych wpisów.

A jakie są Wasze okładkowe typy? Czy macie swoje okładki-piękności, okładki-uwodzicielki i okładki-koszmary?

Tagi: książki
10:25, roug-ette
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 marca 2013

Postanowiłam trochę życia tchnąć w moją bibliotekę i w tym celu udałam się do antykwariatu. Wprawdzie zarzekałam się już kilka razy, że ze względu na żenująco niskie stawki oferowane nawet za prawie nowe książki, już nigdy tam nic nie oddam... ale niechęć do przekształcenia biblioteczki w książkograciarnię okazała się silniejsza. No i więcej wolnej przestrzeni by się przydało...

Wyselekcjonowałam zatem dziesięć woluminków (jedenasty w locie przechwycił A. z intencją przeczytania) i udałam się do antykwariatu. Pani za ladą była zainteresowana wszystkimi, a kiedy podała oferowaną kwotę, to w pięty mi poszło. Hmm.. , przestrzeni na nagocjacje to raczej tam nie było: ''Bierz, co dajemy lub znikaj". No to zdecydowałam się na sfinalizowanie tej jakże mało satysfakcjonującej transakcji, ale przed zniknięciem zatrzymałam się przed antykwarycznymi półkami i kupiłam małe co nieco. Wydałam całą zarobioną kwotę... taka ze mnie bizneswoman;)

A oto zdobycze:

1. Zbiór opowiadań Ursuli K. Le Guin.

2. "Julie and Julia" Julie Pawell.  (Stała się kanwą do scenariusza filmu o tym samym tytule. Polowałam na nią od dawna. Mój egzemplarz jest w oryginalnej wersji językowej. Bez słownika się nie obejdzie...)

3. I perełka: "Samotnia" Dickensa z 1975 roku; ilustrowana. (Już czytam...)

:)

Tagi: Na stos!
21:11, roug-ette
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 lutego 2013

 

 No cóż, teatr w naszym mieście to gość rzadki, ale z pewnością wyczekiwany. Tym razem mieliśmy okazję zobaczyć spektakl teatralno - kabaretowy pt. "Pod niemieckimi łóżkami", w reżyserii Łukasza Witt-Michałowskiego. W rolach głównych wystąpili: Tamara Arciuch, Bartłomiej Kasprzykowski oraz Bartosz Opania.

Spektakl został zainspirowany książką o tym samym tytule.  Być może o niej słyszeliście, bo w ostatnim czasie była szeroko reklamowana. O co tu chodzi? Być może o demokrację i wolność słowa - pisać każdy może. A więc: była sobie młoda Polka, która wyjechała do Niemiec w celach zarobkowych i zarabiała, sprzątając w tamtejszych mieszkaniach. Miała różne spostrzeżenia i z pomocą redaktora, opisała je i opublikowała. A imię jej było Justyna Polańska. Jak dla mnie - mało porywające, ale...

... twórczo przetransformowane stało się ciekawe. W spektaklu możemy zobaczyć sceny toczące się w domach kolejnych pracodawców Justyny (Tamary Arciuch), ale co bardziej interesujące - śledzić proces, w którym skromna pomoc domowa, po publikacji książki, zmienia się w 'celebrytkę'; proces napędzany przez media hołdujące zasadzie: byle coś się działo, byle głośno, byle przyciągnąć jak największą uwagę. A wszysto oglądamy w krzywym zwierciadle satyry i pastiżu. Panowie Kasprzykowski i Opania wcielają się w kolejne role - pracodawców w domowych pieleszach, dziennikarzy, prezenterów oraz uczestników widowisk telewizyjnych, uwypuklając pustkę i absurdalność medialnej machiny, przeżuwającej i wypluwającej ludzi.

Przedstawienie sensowne, a jednocześnie lekkie i zabawne.  Dobrze spędzony wieczór. Polecam.

21:27, roug-ette
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 lutego 2013

Uwaga, rozściełam czerwony dywan, po którym przespacerują się moje ulubione obrazy filmowe. Kolejność jest przypadkowa, a kryterium nagrody - chęć powtórnego obejrzenia i/lub zdolność do ogrzania serca:

1. "Przed wschodem słońca" ("Before Sunrise"; 1995; reż. Richard Linklater; prod. Austria, Szwajcaria, USA):

 

2. "Nic osobistego" ("Nothing Personal"; 2009; reż. Urszula Antoniak; prod. Holandia, Irlandia):

 

3. "Godziny" ("The Houers"; 2002; reż. Stephen Daldry; prod. Wielka Brytania, USA):

  

 

4. "Jak w niebie" (2004; reż. Kay Pollak; prod. Szwecja):

 

5. "Julie i Julia" (2009; reż. Nora Eprhon, prod. USA):

 

 

6. "Masz wiadomość" ("You' ve got mail"; 1988; reż. Nora Ephron; prod. USA):

 

7. "Jagodowa miłość" ("My Blueberry Nights"; 2007; reż. Kar Wai Wong; prod. Chiny, Francja, Hongkong):

 

8. "Wielkie nadzieje" ("Great Expectations"; 1998; reż. Alfonso Cuaron; prod. USA):

 

 

9. "Między słowami" ("Lost in Translation"; 2009; reż. Sofia Copolla; prod. Japonia, USA):

 

10. "Przekleństwa niewinności" ("The Virgin Suicides"; 1999; reż. Sofia Copolla; prod. USA):

 

10. "Puzzle" ("Rompecabezas"; 2009; reż. Natalia Smirnoff; prod. Argentyna, Francja):

 

11. "Amelia" (2001; reż. Jean-Pierre Jeunet; prod. Francja, Niemcy):

Lista jest świeża, absolutnie subiektywna i otwarta... A Wy, jakiemu filmowi przyznalibyście Waszego prywatnego Oscara?

 

 

Tagi: film
20:58, roug-ette
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
O autorze
Zakładki:
2013:
Spis moli
W blogosferze I:
W blogosferze II:
W blogosferze III:
W sieci: