Kategorie: Wszystkie | Notes czytelniczy | O blogu | Wyróżnienie
RSS
czwartek, 28 lutego 2013

 

 No cóż, teatr w naszym mieście to gość rzadki, ale z pewnością wyczekiwany. Tym razem mieliśmy okazję zobaczyć spektakl teatralno - kabaretowy pt. "Pod niemieckimi łóżkami", w reżyserii Łukasza Witt-Michałowskiego. W rolach głównych wystąpili: Tamara Arciuch, Bartłomiej Kasprzykowski oraz Bartosz Opania.

Spektakl został zainspirowany książką o tym samym tytule.  Być może o niej słyszeliście, bo w ostatnim czasie była szeroko reklamowana. O co tu chodzi? Być może o demokrację i wolność słowa - pisać każdy może. A więc: była sobie młoda Polka, która wyjechała do Niemiec w celach zarobkowych i zarabiała, sprzątając w tamtejszych mieszkaniach. Miała różne spostrzeżenia i z pomocą redaktora, opisała je i opublikowała. A imię jej było Justyna Polańska. Jak dla mnie - mało porywające, ale...

... twórczo przetransformowane stało się ciekawe. W spektaklu możemy zobaczyć sceny toczące się w domach kolejnych pracodawców Justyny (Tamary Arciuch), ale co bardziej interesujące - śledzić proces, w którym skromna pomoc domowa, po publikacji książki, zmienia się w 'celebrytkę'; proces napędzany przez media hołdujące zasadzie: byle coś się działo, byle głośno, byle przyciągnąć jak największą uwagę. A wszysto oglądamy w krzywym zwierciadle satyry i pastiżu. Panowie Kasprzykowski i Opania wcielają się w kolejne role - pracodawców w domowych pieleszach, dziennikarzy, prezenterów oraz uczestników widowisk telewizyjnych, uwypuklając pustkę i absurdalność medialnej machiny, przeżuwającej i wypluwającej ludzi.

Przedstawienie sensowne, a jednocześnie lekkie i zabawne.  Dobrze spędzony wieczór. Polecam.

21:27, roug-ette
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 lutego 2013

Uwaga, rozściełam czerwony dywan, po którym przespacerują się moje ulubione obrazy filmowe. Kolejność jest przypadkowa, a kryterium nagrody - chęć powtórnego obejrzenia i/lub zdolność do ogrzania serca:

1. "Przed wschodem słońca" ("Before Sunrise"; 1995; reż. Richard Linklater; prod. Austria, Szwajcaria, USA):

 

2. "Nic osobistego" ("Nothing Personal"; 2009; reż. Urszula Antoniak; prod. Holandia, Irlandia):

 

3. "Godziny" ("The Houers"; 2002; reż. Stephen Daldry; prod. Wielka Brytania, USA):

  

 

4. "Jak w niebie" (2004; reż. Kay Pollak; prod. Szwecja):

 

5. "Julie i Julia" (2009; reż. Nora Eprhon, prod. USA):

 

 

6. "Masz wiadomość" ("You' ve got mail"; 1988; reż. Nora Ephron; prod. USA):

 

7. "Jagodowa miłość" ("My Blueberry Nights"; 2007; reż. Kar Wai Wong; prod. Chiny, Francja, Hongkong):

 

8. "Wielkie nadzieje" ("Great Expectations"; 1998; reż. Alfonso Cuaron; prod. USA):

 

 

9. "Między słowami" ("Lost in Translation"; 2009; reż. Sofia Copolla; prod. Japonia, USA):

 

10. "Przekleństwa niewinności" ("The Virgin Suicides"; 1999; reż. Sofia Copolla; prod. USA):

 

10. "Puzzle" ("Rompecabezas"; 2009; reż. Natalia Smirnoff; prod. Argentyna, Francja):

 

11. "Amelia" (2001; reż. Jean-Pierre Jeunet; prod. Francja, Niemcy):

Lista jest świeża, absolutnie subiektywna i otwarta... A Wy, jakiemu filmowi przyznalibyście Waszego prywatnego Oscara?

 

 

Tagi: film
20:58, roug-ette
Link Komentarze (2) »
Oto sen o trudach podejmowania decyzji:
 
Życie moje ukazało mi się w postaci rozgałęzionego drzewa figowego, tak jak w tamtym opowiadaniu. Na każdej gałęzi wisiała dojrzała, fioletowa figa, symbol jednej z czekających mnie w życiu szans. Reprezentowały męża, dom, dzieci, sławę poetki, wybitną karierę profesorską, karierę dziennikarską, Europę, Afrykę i Amerykę Południową, Konstantego, Sokratesa, Attylę i całe zastępy kochanków dziwnych imionach i niezwykłych zawodach. Jedna z fig reprezentowała złoty medal olimpijski za wioślarstwo. Na drzewie było jeszcze wiele dojrzałych owoców, których symboliki nie zdołałam odszyfrować. Wyobrażałam sobie, że siedzę na tym drzewie i umieram z głodu, ponieważ nie mogę w żaden sposób zdecydować się na to, którą figę zerwać. Miałam ochotę na wszystkie, na absolutnie każdą z tych fig z osobna, ale zerwanie jednej oznaczało automatycznie rezygnację z pozostałych, więc siedziałam, aż figi zaczęły się marszczyć, czernieć i jedna za drugą spadały na ziemię. 
        Sylvia Plath: "Szklany klosz"

A miałam dzisiaj pracować. I nic. Jakiś Osiołek się we mnie zaparł i nie ma mowy. Nie byłam w stanie. Swój zawód wybrałam z pasji, wkładając w to później wiele serca, zaangażowania i wysiłku. Spełniam swoje marzenia z przeszłości, otwierają się kolejne drzwi, a mi przestało się chcieć... Nie czuję już tej iskry... w ogóle jej nie czuję... Zgasła? A może to tylko przesilenie?

Zmagałam się z tym Osłem, spierałam, próbowałam przekonać... Uwierzcie, były to poczynania iście bohaterskie, ale zakończone klęską. Zręby niezrealizowanych projektów (to teraz takie modne słowo) będą zalegać w moim umyśle i w komputerze, terminy gonić, poczucie odpowiedzialności dźgać permanentnie, a i strachy pt. "co to będzie" wtrącą swoje trzy grosze. Dodajmy jeszcze poczucie winy, że zawodzi się oczekiwania tych, wobec których jest się zobowiązanym. Uuu... lista wewnętrznych demonów się wydłuża... A Osioł je wszystkie ma w nosie i mówi: "pomyśl o niebieskich migdałach i film sobie obejrzyj". Uległam i bilans dnia wygląda tak:

1. Zobaczyłam film, który od dawna za mną chodził, a którego obejrzenie odkładałam na bliżej nieokreśloną przyszłość, to jest: "Przed wschodem słońca".

2. Wymyśliłam przepis na jaja faszerowane suszonymi pomidorami, oliwkami i natką pietruszki i wprowadziłam go w czyn.

3. Zrobiłam trochę zapisków w prywatnym notesie.

4. Napisałam 0 słów w planowanym artykule, a precyzyjnie, nie zaczęłam go pisać.

Nieposłuszne myśli chcą chodzić swoimi drogami, a to do jakichś obrazów filmowych wracają, a to jakiś cytacik przywołają.

 Na przykład, przypomniała mi się Carry Bradshow z "Seksu w wielkim mieście". Uwielbiałam oglądać sceny, kiedy siadała w swoim małym mieszkanku przy laptopie (kto w tamtym czasie miał laptopa?) przed oknem z widokiem na ulice Nowego Jorku i kłębiące się myśli układała w zdania felietonów:

 

 Pomyśłam też, że gdybym mogła przenosić się w czasie i przestrzeni, to na galę Oscarów bym się udała (to już jutro). Podpatrywałabym stroje i biżuterię, poczułabym klimat imprezy, a może i jakieś danie z soczystych krewetek zjadła. Zobaczyłabym na żywo, czy film, który ostatnio widziałam, zdobędzie jakieś nagrody... Byłoby elegancko, lekko i niezobowiązująco... A wracając biżej ziemi, to pomyślałam, że swoje prywatne Oscary rozdam, ale o tym później...

Zbłądziłam też w okolice Sylvii Plath i snu, który opisywała w "Szklanym kloszu"...

C.d.n.

 

Tagi: REFLEKSY
18:50, roug-ette
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 lutego 2013

W "Biblionetce" dowiedziałam się, że Lucy Maud Montgomery (ta, która wykreowała postać małej rudej dziewczynki, wiecie jakiej;)) zachwycała się książką "Elizabeth i jej ogród", a jej autorkę uznawała za "pokrewną duszę". Montgomery zajmuje w moim czytelniczym sercu miejsce szczególne i niezbywalne (może kiedyś napiszę o tym więcej...), więc jej rekomendacja była wystarczającą zachętą do lektury.

Książka ma charakter autobiograficzny. Elizabeth na kartach swojego pamiętnika przenosi nas do roku 1896 -  czasu, kiedy to wraz z mężem i dziećmi przybywa na pomorską wieś Nassenheide (dzisiaj Rzędziny). Dla niej to nowy świat. Większość dotychczasowego życia spędziła w Wielkiej Brytanii, a przeprowadzka do Prus to raczej życiowe uwarunkowanie związane z pracą zawodową męża, niemieckiego oficera, niż wolny wybór. Kiedy dodamy, że mąż wnosi do ich wspólnego życia klimat chłodu, surowości i lekceważenia przechodzącego nieraz w pogardę, a najbliższe otoczenie próbuje wepchnąć ją w gorset "pruskiej żony" skrupulatnie wypełniejącej codzienne obowiązki bez śladów samodzielnego myślenia i bez narzekania, to może się wydawać, że stoimy u progu bardzo ponurej opowieści...

Ale kiedy Elizabeth wchodzi do znajdującego się na terenie ich nowej posiadłości opuszczonego ogrodu, coś w niej się zmienia:

Nie wiem, czy to zapach mokrej ziemi a może zbutwiałych liści przypomniał mi nagle dzieciństwo i wszystkie szczęśliwe dni, które przeżyłam w ogrodzie (...) Wczesny marzec, szare spokojne niebo i brunatna cicha ziemia; nagość i jakiś smutek na dworze w tej wilgoci i ciszy, ale ja tam stałam w dziecięcym zachwycie pierwszymi powiewami wiosny i pięć zmarnowanych lat opadło ze mnie jak płaszcz...

Ogród staje się jej miejscem na ziemi. Troszczy się o nie i upiększa, oddycha tu pełną piersią. Rozkwitają kolejne odmiany krzewów i kwiatów, zmienia się życie Elizabeth. Tyrady Gniewnego, jak nazywa męża, robią na niej coraz mniejsze wrażenie, a poczucie winy towarzyszące zajmowaniu się ogrodem kurczy się coraz bardziej... Odradza się silna i samodzielna kobieta.

Dobrze wiedzieć, że była. I żyła, jak żyła.

 

Jeśli ktoś spodziewa się wartkiej fabuły, to może być książką rozczarowany. "Elizabeth i jej ogród" to zapiski o codziennym życiu na wsi, o pielęgnacji ogrodu i zachwytach nad naturą, o dzieciach, mężu, sąsiadach i gościach czasowo przebywających w posiadłości.  Zapiski nasycone wrażliwością autorki, jej zmysłem obserwacji i poczuciem humoru. Realne i bliskie ziemi, która wydaje się być żywiołem Elizabeth. Przeczytałam je z przyjemnnością, ale określenie ich "małą kometą na literackim niebie Londynu" (z okładki) wydaje się być trochę przesadzone.

Na koniec, obowiązkowo;), garść cytatów:

(...) dwukrotnie wymknęłam się ukradkiem podczas dnia świątecznego i przerwy obiadowej personelu ze szpadlem i grabiami i pośpiesznie przekopywałam kawałki gruntu, kopałam ziemię i zasadzałam potajemnie wspaniałości, a potem biegłam zgrzana z poczuciem winy do domu, padałam na fotel, zasłaniałam się książką i siedziałam z obojętną miną. Udało mi się ocalić dobrą reputację.

***

Pozostała ziemia jest piaszczysta - odpowiednia dla sosen i akcji, ale nie dla róż - jednak zadziwiające, ile może miłość. W moim ogrodzie jest więcej róż niż innych kwiatów!

***

Obawiałam się, że jak na idealną bibliotekę pomieszczenie to jest zbyt wesołe; pomalowane na biało i żółto, sprawia wrażenie nieomal frywolne. Przy wszystkich ścianach stoją białe regały na książki, jest duży komin i cztery okna, które wychodzą na południe i spoglądają na kawałek mojego ukochanego ogrodu, ten wokół zegara słonecznego. Przy tylu kolorach, i z tak potężnym ogniem na kominku, ze światłem zlewającym się przez okna, pomimo wielu szacownych tomów na regałach, nic nie wydaje się tu bezbarwne. Nie zdziwiłabym się, gdyby kiedyś książki zeskoczyły ze swoich miejsc i zaczęły tańczyć, wywijając kartkami.

***

(...) tylko ktoś mniej niewinny i szczęśliwy od dziecka mógł zmącić blask naszego słonecznego domu - choć doprawdy nie wierzę, żeby komukolwiek rozsądnemu chciało się tu przychodzić. Mądrzy ludzie chcą tak wiele, zanim w ogóle gotowi są zacząć się cieszyć, a ja muszę ciągle się usprawiedliwiać (...) i wstydzić, że tak łatwo mnie zadowolić.

***

Jesteśmy stworzeni do szczęścia i do zaakceptowania go z wdzięcznością.

***

Podjechaliśmy właśnie pod dom i kiedy spojrzałam do góry z czułością na starą zachodnią fasadę, przypomniałam sobie o mgle i parasolach i poczułam, że życzeniem mego serca jest żyć i umrzeć tutaj i że nigdy nie było tak szczęśliwej kobiety jak Elizabeth.

 

A może by tak lawendę w doniczki posadzić? 

 

poniedziałek, 18 lutego 2013

Licho przynależy do życia, więc prawdopodobieństwo, że kiedyś się na nie natkniemy, wydaje się być stuprocentowe.

Może przybierać różne formy. To, które spotykam, jest takie sympatyczne. Uśmiecha się mile, okazuje zainteresowanie i podziw, przytulić nawet może. I byłoby tak przyjemnie, gdyby nie ta zimna ciężka kula pojawiająca się nagle w okolicach żołądka.

Licho bacznie na ciebie zerka, słucha uważnie... bo robi research, zbiera materiały do wielkiej mistyfikacji. Przekonasz się o tym jutro, kiedy przypadkiem będzie miała (tak, mówię o lichu w żeńskiej postaci) taką samą fryzurę, buty, a nawet gestykulację i ton głosu zbliżony do twojego. W dyskusji zacytuje twoje opinie, które wypracowałaś na drodze wieloletnich doświadczeń, tylko zapomnie dodać, że cytuje. Raczej zaprezentuje je jako własne. Zgadnij, dokąd pojedzie na wakacje... 

Licho jest bezkształtnym, galaretowanym organizmem z wyodrębnionymi narządami takimi jak: przyssawka oraz oczy (dwie sztuki). Przyssawka umożliwia przymocowanie się do ludzkiej istoty w celu wydobycia z niej tego, co warościowe i oryginalne. Następnie wyssane treści są prezentowane jako własne i licho może zaistnieć w otaczającym środowisku. Oczy licha służą wypatrywaniu obiektów do wysysania oraz obserwowaniu wrażenia, jakie licho wywiera na innych. Kiedy wytropią w tobie słabość, zapalają się w nich iskierki satysfakcji.

Oto licho w zarysie.

Kto je spotkał, wie, o czym mówię...;) 

Tagi: REFLEKSY
19:21, roug-ette
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 lutego 2013

Dzisiaj parę świeżych wrażeń z filmu pt. "Poradnik pozytywnego myślenia".

Do zakupu biletu skusiły mnie obijające się gdzieś w związku z filmem  hasła takie jak: komedia, nominacje do Oskara, dobrze oddane zaburzenia psychiczne...

Filmowa historia zaczyna się tak: Młody żonaty mężczyzna (Bradley Cooper), cierpiący na chorobę afektywną dwubiegunową, po ośmiu miesiącach pobytu w szpitalu psychiatrycznym wraca do domu rodziców i musi zmierzyć się z nową sytuacją życiową - stratą pracy i odejściem żony. Pogodzenie się z tym drugim na początku jest poza jego emocjonalnym zasięgiem, więc podejmuje walkę o odzyskanie relacji. Idea walki jest mniej więcej taka: "jeśli tylko będę trochę lepszy, popracuję nad sobą, udoskonalę to i owo (schudnę, będę bardziej oczytany, bardziej zrównoważony), to ona do mnie wróci..." I mógłby tak pracować nad sobą w nieskończoność... gdyby nie spotkał Tiffany (Jennifer Lawrence).

Ci, którzy zgodnie z kinowym opisem spodziewają się zobaczyć lekką komedię romantyczną, mogą się nieźle zakoczyć, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu. Po kilku scenach prezentujących klimat życia w rodzinie obarczonej problemami psychicznymi, w sali kinowej można było usłyszeć pomruki i zaskoczone pytania części widzów: "co to jest?". Nie tego oczekiwali. Niemniej, nie zauważyłam, aby ktoś salę opuścił. Później robi się nieco lżej, można się pośmiać, a i kropla romantycznego lukru się pojawi.

Dlaczego warto film zobaczyć?

Po pierwsze, dla poszerzenia swojego horyzontu, chociaż w jakimś stopniu, o perspektywę rodziny próbującej radzić sobie z problemami natury psychicznej. Dla mnie był to obraz trochę bolesny, trochę ciepły i wzruszający. Wiarygodny.

Po drugie, dla przypomnienia sobie paru prawd o miłości i ćwiczenia się w lubieniu tego, co niedoskonałe (jeśli ktoś jest w tym dobry, to ten podpunkt może pominąć, ale film i tak warto zobaczyć:) ).

Po trzecie, dla przeżycia całej gamy emocji wraz z bohaterami filmu. Rozpiętość jest duża, bo w obrazie filmowym przenika się komedia i dramat.

Po czwarte, dla Roberta De Niro w roli ojca.

W mojej ocenie, to powody wystarczające.

Ps: W tematyce i w klimacie film przypomina trochę "Małą Miss" (2006).

Ps 1:  A dla tych, którzy już film widzieli, przypomnienie sceny finałowego tańca:



 

Tagi: film recenzje
08:26, roug-ette
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 11 lutego 2013

Mysza i Niedźwiedź mają dziecko - Tomasz Matkowski

Dzisiaj kilka słów o książeczce Tomka Matkowskiego pt. "Mysza i Niedźwiedź mają dziecko". 

Poznajemy parę "uczłowieczonych" zwierzaków - panią Myszę i pana Niedźwiedzia, którzy pierwsze miłosne porywy mają już za sobą. Przychodzi czas na powiększenie rodziny. Decydują się adoptować kotkę Muszkę. Towarzyszymy im w zmaganiach z codziennym życiem, z pielęgnacją i wychowywaniem kociego dziecka. Obserwując scenki z rodzinnego życia, poznajemy charaktery bohaterów i ich wzajemne relacje. Ścierają się dwa podejścia do życia: jego - bardziej intelektualne i jej - pragmatyczne, łączy je wspólny cel - dobro Muszki.

Pomimo, że książka ma chrakter bajki i okraszono ją uroczymi rysunkami, nie jest adresowana do dzieci. Może być natomiast lustrem, w którym niejeden dorosły rozpozna siebie lub swoją rodzinę. Czyta się lekko i niezobowiązująco. Autor bawi się słowem i wyobraźnią, stąd o śmiech w trakcie czytania nie trudno:).

A to moje ulubione próbki:

Tym razem Niedźwiedź siadł do pisania poematu-symfonii na futerko, opuszki, różowy jęzorek i czarną, aksamitną trufelkę. Uwertura opisywała pozy senne, gdy primabalerina drzemie nad Jeziorem Łabędzim z nastroszonymi wąsikami, z uniesioną głową, jakby jeszcze trochę czuwała, nim zstąpi w objęcia Morfeusza. (...) Orkiestra zamiera, publiczność też, gdy na scenę tanecznym krokiem wchodzi książę.

- Znowu nic nie robisz! Podłoga nie zamieciona! - mówi książę dziwnie znajomym, zrzędliwym głosem.

- Myszo, jesteś dziś jakaś okropnie spięta. Nie martw się, ja cię wesprę moim intelektem!

Mysza spięta, bo dostała pracę. I nie wie, czy sobie poradzi. A Niedźwiedź będzie za babysittera, a właściwie za kotsittera.

***

(...) Niedźwiedź wpadł na genialny pomysł, jak wygrać bitwę o dominację w stadle. Otóż pomysł polega na tym, żeby przewidzieć, co Mysza za chwilę zrobi, po czym wydać jej rozkaz w tym duchu. Na przykład: zapala się zielone światło, Mysz już chce zrobić krok do przodu, ale jescze zanim uniesie pierwszą łapkę i nadepnie na zebrę, Niedźwiedź rzuca rozkazująco: "Przechodzimy, Myszko! Naaaprzóóód... MYK!!!!" I wychodzi na to, że Mysza ruszyła na jego rozkaz!!!

***

- Ona musi czuć bicie serca...

- Tu masz trzustkę, Niedźwiedziu - skorygowała Mysza, widząc jak Niedźwiedź przytula dziecko do bliżej niesprecyzowanej części tułowia.

- No to bicie trzustki - Niedźwiedź nie dał się zdetonować.

 

niedziela, 10 lutego 2013

Powyższy tomik to wybór trzech opowiadań ze zbioru pt. "A Man and Two Women": "Opowieść o dwóch psach", "Zapiski do historii choroby" oraz "Pokój nr 19".  Wszystkie utwory są warte przeczytania, ale tytułowy "Pokój nr 19" zrobił na mnie największe wrażenie.

Lata sześćdziesiąte XX wieku. Poznajemy Zuzannę Rawlings, mieszkającą wraz z mężem, dziećmi i pomocą domową w ładnym domu z widokiem na drzewa i rzekę. Obrazek idealny. Ile w nim prawdy? Zuzanna doskonale pełni swoją rolę aż do dnia, kiedy dzieciaki idą do szkoły. Perspektywa czasu wolnego, możliwość spędzenia go tylko we własnym towarzystwie powodują w życiu Zuzanny wyłom... co z tego wyniknie, przeczytacie.

Poznajemy wnikliwe studium kobiety, która w dorosłości po raz pierwszy odkrywa potrzebę autonomii, odgraniczenia się od innych, poszukiwania własnej indywidualności. Ten sam temat, tylko w szerszej formie Lessing porusza w powieści: "Lato przez zmierzchem".

Opowiadanie przywodzi też na myśl bohaterkę "Godzin" Cunninghama - Laurę Brown, szukającą wolności w samotnych chwilach spędzonych na lekturze "Pani Dalloway" w pokojowym hotelu...  I esej "Własny pokój", w którym Virginia Woolf pisze o warunkach niezbędnych do pisarstwa - minimum bezpieczeństwa finasowego i pokój, w którym można zawsze zamknąć drzwi.

Tomy opasłe i tysiące stron napisano o zauroczeniu, miłości, o kobietach tęskniących za mężczyznami i tychże poszukujących, a tak niewiele o poszukiwaniu siebie i własnej tożsmości. A jeśli nie znam siebie, to jakie mam szanse na sensowny związek z drugą osobą?  Doris Lessing mądrą pisarką jest i wie, co w życiu ważne.

A to do kolekcji cytatów - o samotności, czyli byciu ze sobą:

Nie była już panią wielkiego białego domu i ogrodu, właścicielką mnóstwa strojów na różne okazje. Była panią Jones i była sama, i nie miała ani przeszłości, ani przyszłości. "Oto po tylu latach małżeństwa i wychowywania dzieci - myślała - latach najrozmaitszych obowiązków, jestem taka sama. Zdarzało mi się myśleć, że nic ze mnie nie zostało prócz tych różnych ról, jakie mi narzucała pozycja pani Rawlings. Tak, jestem, jakbym nigdy nie miała zobaczyć kogokolwiek z rodziny, jakby tak miało być zawsze... Jakie to dziwne!" I wychylała się z okna, patrząc na przechodzących ludzi z miłością, bo jej nie znali. Patrzyła na zniszczone budynki po drugiej stronie ulicy, na niebo wilgotne i zbrukane, a czasem błękitne, i czuła, jakby nigdy dotąd nie widziała budynków i nieba. A potem wracała na fotel, czując w sercu pustkę. Czasem wypowiadała coś głośno bez związku - jakiś wykrzyknik i uwagę na temat kwiecistego wzoru na dywanie albo plamy na kanapie z zielonej satyny. Przez większą część czasu bujała w obłokach - jak to określić inaczej? - zupełnie bezmyślnie, czując, jak pustka krąży w jej żyłach rozkosznie niczym krew.

Pokój ten stał się jej bliższy niż dom, w którym mieszkała.

 
1 , 2
O autorze
Zakładki:
2013:
Spis moli
W blogosferze I:
W blogosferze II:
W blogosferze III:
W sieci: