Blog > Komentarze do wpisu

Elizabeth von Arnim - "Elizabeth i jej ogród"

W "Biblionetce" dowiedziałam się, że Lucy Maud Montgomery (ta, która wykreowała postać małej rudej dziewczynki, wiecie jakiej;)) zachwycała się książką "Elizabeth i jej ogród", a jej autorkę uznawała za "pokrewną duszę". Montgomery zajmuje w moim czytelniczym sercu miejsce szczególne i niezbywalne (może kiedyś napiszę o tym więcej...), więc jej rekomendacja była wystarczającą zachętą do lektury.

Książka ma charakter autobiograficzny. Elizabeth na kartach swojego pamiętnika przenosi nas do roku 1896 -  czasu, kiedy to wraz z mężem i dziećmi przybywa na pomorską wieś Nassenheide (dzisiaj Rzędziny). Dla niej to nowy świat. Większość dotychczasowego życia spędziła w Wielkiej Brytanii, a przeprowadzka do Prus to raczej życiowe uwarunkowanie związane z pracą zawodową męża, niemieckiego oficera, niż wolny wybór. Kiedy dodamy, że mąż wnosi do ich wspólnego życia klimat chłodu, surowości i lekceważenia przechodzącego nieraz w pogardę, a najbliższe otoczenie próbuje wepchnąć ją w gorset "pruskiej żony" skrupulatnie wypełniejącej codzienne obowiązki bez śladów samodzielnego myślenia i bez narzekania, to może się wydawać, że stoimy u progu bardzo ponurej opowieści...

Ale kiedy Elizabeth wchodzi do znajdującego się na terenie ich nowej posiadłości opuszczonego ogrodu, coś w niej się zmienia:

Nie wiem, czy to zapach mokrej ziemi a może zbutwiałych liści przypomniał mi nagle dzieciństwo i wszystkie szczęśliwe dni, które przeżyłam w ogrodzie (...) Wczesny marzec, szare spokojne niebo i brunatna cicha ziemia; nagość i jakiś smutek na dworze w tej wilgoci i ciszy, ale ja tam stałam w dziecięcym zachwycie pierwszymi powiewami wiosny i pięć zmarnowanych lat opadło ze mnie jak płaszcz...

Ogród staje się jej miejscem na ziemi. Troszczy się o nie i upiększa, oddycha tu pełną piersią. Rozkwitają kolejne odmiany krzewów i kwiatów, zmienia się życie Elizabeth. Tyrady Gniewnego, jak nazywa męża, robią na niej coraz mniejsze wrażenie, a poczucie winy towarzyszące zajmowaniu się ogrodem kurczy się coraz bardziej... Odradza się silna i samodzielna kobieta.

Dobrze wiedzieć, że była. I żyła, jak żyła.

 

Jeśli ktoś spodziewa się wartkiej fabuły, to może być książką rozczarowany. "Elizabeth i jej ogród" to zapiski o codziennym życiu na wsi, o pielęgnacji ogrodu i zachwytach nad naturą, o dzieciach, mężu, sąsiadach i gościach czasowo przebywających w posiadłości.  Zapiski nasycone wrażliwością autorki, jej zmysłem obserwacji i poczuciem humoru. Realne i bliskie ziemi, która wydaje się być żywiołem Elizabeth. Przeczytałam je z przyjemnnością, ale określenie ich "małą kometą na literackim niebie Londynu" (z okładki) wydaje się być trochę przesadzone.

Na koniec, obowiązkowo;), garść cytatów:

(...) dwukrotnie wymknęłam się ukradkiem podczas dnia świątecznego i przerwy obiadowej personelu ze szpadlem i grabiami i pośpiesznie przekopywałam kawałki gruntu, kopałam ziemię i zasadzałam potajemnie wspaniałości, a potem biegłam zgrzana z poczuciem winy do domu, padałam na fotel, zasłaniałam się książką i siedziałam z obojętną miną. Udało mi się ocalić dobrą reputację.

***

Pozostała ziemia jest piaszczysta - odpowiednia dla sosen i akcji, ale nie dla róż - jednak zadziwiające, ile może miłość. W moim ogrodzie jest więcej róż niż innych kwiatów!

***

Obawiałam się, że jak na idealną bibliotekę pomieszczenie to jest zbyt wesołe; pomalowane na biało i żółto, sprawia wrażenie nieomal frywolne. Przy wszystkich ścianach stoją białe regały na książki, jest duży komin i cztery okna, które wychodzą na południe i spoglądają na kawałek mojego ukochanego ogrodu, ten wokół zegara słonecznego. Przy tylu kolorach, i z tak potężnym ogniem na kominku, ze światłem zlewającym się przez okna, pomimo wielu szacownych tomów na regałach, nic nie wydaje się tu bezbarwne. Nie zdziwiłabym się, gdyby kiedyś książki zeskoczyły ze swoich miejsc i zaczęły tańczyć, wywijając kartkami.

***

(...) tylko ktoś mniej niewinny i szczęśliwy od dziecka mógł zmącić blask naszego słonecznego domu - choć doprawdy nie wierzę, żeby komukolwiek rozsądnemu chciało się tu przychodzić. Mądrzy ludzie chcą tak wiele, zanim w ogóle gotowi są zacząć się cieszyć, a ja muszę ciągle się usprawiedliwiać (...) i wstydzić, że tak łatwo mnie zadowolić.

***

Jesteśmy stworzeni do szczęścia i do zaakceptowania go z wdzięcznością.

***

Podjechaliśmy właśnie pod dom i kiedy spojrzałam do góry z czułością na starą zachodnią fasadę, przypomniałam sobie o mgle i parasolach i poczułam, że życzeniem mego serca jest żyć i umrzeć tutaj i że nigdy nie było tak szczęśliwej kobiety jak Elizabeth.

 

A może by tak lawendę w doniczki posadzić? 

 

piątek, 22 lutego 2013, roug-ette

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: